Zaczytałam się: „Wyśnione miejsca” Brenna Yovanoff

13584666_481193772005205_5800851696564090201_o

Parę tygodni niepisania. Aj. Zobaczymy, czy przerwa bardzo dała mi się we znaki. Jeszcze raz przepraszam za tak ogromną przerwę, ale trochę przez ostatni miesiąc rozleciało mi się i zdrowie i prywatne życie. Czytanie, a tym bardziej pisanie, okazało się być pond moje siły. Ale już jestem, wracam i mam multum zapału!

Przez ostatnie tygodnie udało mi się przeczytać tylko jedną książkę. Lektura szła opornie, ale czy jedynym tego powodem była moja choroba?

 

Znajomość jak ze snu

Waverly i Marshall to ludzie, których na pozór dzieli wszystko. Ona jest tą popularną, ambitną i świetnie uczącą się dziewczyną na widok której w szkolnej łazience dziewczyny z niższych klas chylą głowy i chyłkiem uciekają przed jej wzrokiem. On to typ „buntownika z przypadku” – nie uczy się, nie ma perspektyw, używki nie są mu obce, a jego rodzina jest tak daleka od ideału jak to tylko możliwe.

Tym co ich łączy jest to, że obydwoje ukrywają przed światem swoją prawdziwą naturę. Waverly cierpli na bezsenność. Ma już dość życia za maską i nocami zastanawia się, jak jej otoczenie przyjęłoby ją, gdyby wreszcie się jej pozbyła. Marshall zaś jest człowiekiem stworzonym z emocji. Czuje życie, uczucia go bolą.

Ci młodzi ludzie zaczynają się ze sobą regularnie spotykać, choć w szkole ledwie omiatają się wzrokiem. Ich znajomość zaczyna się w momencie, gdy Waverly postanawia wypróbować jedną z dopiero co odkrytych technik relaksu. Zapala aromatyzowaną świecę przy swoim łóżku i stara się zasnąć. We śnie spotyka Marshalla.

Nutka magii

Nie ukrywam, że sam koncept użycia motywu snu bardzo mnie początkowo zainteresował. Niezrozumiała dziewczyna plus buntownik – to już było, nihil novi, ile można. Ale wplecenie w to nutki magii mogło kompletnie całą historię odmienić i dodać do oklepanego motywu z młodzieżówek powiew świeżości.

Pomysł był dobry, wykonanie trochę szwankowało. Skończyłam lekturę i dalej nie wiem, czemu w zasadzie na drodze snu spotkało się właśnie tych dwoje. Jak to zadziałało? Co takiego niezwykłego było w Waverly, że udało się jej stworzyć taką wieź z Marshallem? I jak on w ogóle znalazł się w tych snach? Autorka dodała nutę fantastyki w powieść obyczajową, a od tego typu literatury zawsze wymagam wyjaśnienia wykreowanego świata. Tutaj nie mogło być wyjątku.

Niestety, ale to niedopowiedzenie plus najmocniej w książkach oklepany motyw bohaterów nie mogły sprawić, że się choć trochę zachwycę.

Jaki tu spokój, nic się nie dzieje

Wiem, o co chodziło autorce. Chciała stworzyć powieść, w której nie akcja, a emocje będą odgrywały pierwsze skrzypce. Miałam utożsamić się z którymś z bohaterów, wczuć w jego sytuację i uzmysłowić sobie, że z paskudnej sytuacji można znaleźć wyjście. Tylko że bohaterowie są całkiem płascy. To samo odczuwałam podczas lektury Kochani, dlaczego się poddaliście? Nie jestem w stanie poczuć sympatii i jakiegokolwiek połączenia z postacią, która jest dla mnie tylko zlepkiem słów na kartce i nijak nie mogę wyobrazić jej sobie jako prawdziwego, czującego człowieka.

Miałam bardzo szybko dość tego ciągłego gdybania Waverly nad tym, że ciągle musi ukrywać swoje prawdziwe ja, że czuje, iż oszukuje wszystkich dookoła. Rozumiem raz, czy dwa, ale dziewczyna robi to ciągle, przez co mniej więcej w połowie ma się ochotę mocno nią potrząsnąć.

Przy niechęci do bohaterów, książka już kompletnie traci. A to dlatego, że jest po prostu…nudna. Cała powieść opiera się na tym, że bohaterowie chodzą do szkoły, idą spać, spotykają się we śnie (który bardzo szybko przemienia się w opowieść o pierwszej poważnej miłostce). I tyle. Nie oczekiwałam nagłych zwrotów akcji, ale na litość boską jakakolwiek głębsza fabuła byłaby mile widziana.

Już pod koniec książki wiedziałam, że autorka uznała, że „sen załatwi sprawę”. No wiecie, wrzuciła do mdłego konceptu jakiś nowy mały pomysł i liczyła na to, że ten sam się obroni. No sorry bardzo pani Yovanoff, ale proszę nie robić z czytelników skończonych kretynów.

I jeszcze te metafory. I jakieś poetyckie, mdłe paplanie… Nie, wiecie co. Przejdźmy dalej.

Ostatnie słowo

Ja naprawdę, naprawdę, naprawdę chciałabym coś miłego napisać o tej książce. Ale nie mam co. Początek wydawał mi się obiecujący, ale to co w ostateczności dostałam… Nie mówię, że ta książka nikomu się nie spodoba. Bo jestem pewna, że wiele osób odnajdzie w niej zdrową garść emocji. Ale już tyle przeczytałam i tyle książek znam, że ta wychodzi bardzo mocno przeciętnie na ich tle.

Ma fajną okładkę, która mocno przyciąga wzrok, więc na pewno zainteresuje Was ona na półce w księgarni. Kto wie, może ja już naprawdę jestem za stara na młodzieżówki…?

Moja ocena:

jedna gwiazdka

Za książkę bardzo dziękuję:

Moondrive / Wydawnictwo Otwarte

Stopka:

Wydana: 2016 (USA) ,2016 (Polska)

Cykl: -

Wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte (Moondrive)

Liczba stron: 360

Jeden komentarz do “Zaczytałam się: „Wyśnione miejsca” Brenna Yovanoff

  1. Aauć, aż tak źle? Ja poza dość brzydką okładką oceniałam ją, oczywiście na pierwszy rzut oka, za całkowity Must Read, a tylko, jak wspomniałam, niepasująca mi oprawa graficzna „uchroniła” mnie przed kupieniem. Dzięki Tobie chyba trochę poczekam i zacznę od bezpiecznego wypożyczenia z biblioteki :D
    Pozdrawiam ^^

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>