Zaczytałam się: „Smażone zielone pomidory” Fannie Flagg

smazone-zielone-pomidory-b-iext35241453

Na krótko przed ubiegłorocznymi Świętami Bożego Narodzenia naszła mnie ochota na dobrą, ciepłą powieść obyczajową, która nie będzie za słodka i zostawi po sobie coś więcej aniżeli garść wzruszeń. Nie jestem do końca obeznana z typem literatury, który najprościej można określić jako „powieści dla kobiet” i często, gdy czytam opisy poszczególnych książek odnoszę wrażenie, że problemy, których one dotykają choć poważne i trudne, są przedstawione w tak płytki i pozbawiony prawdziwości sposób, że aż nie chce się otwierać książki.

Uznałam jednak, że Smażone zielone pomidory mogą okazać się perełką choćby przez fakt, że – sukcesywnie wznawianie od pierwszego polskiego wydania w  1997 roku – cieszą się w naszym kraju dużą popularnością wśród kilku co najmniej pokoleń kobiet. Można usłyszeć o tej książce od studentki, pani domu po trzydziestce, czy starszawej nestorce rodziny. Moje zainteresowanie tą powieścią dodatkowo wzmocnił fakt, że pojawia się w niej problem segregacji rasowej, którym to zjawiskiem żywo interesuję się już od kilku lat. Poza tym, mam jakąś dziwaczną słabość do Ameryki pomiędzy latami dwudziestymi, a osiemdziesiątymi i bardzo lubię pogłębiać moją wiedzę z tego okresu, a powieści obyczajowe bardzo często zawierają w sobie wątki, które pozwalają nam przybliżyć życie ludzi, którzy żyli w tamtym czasie.

 O tym jak Evelyn poznała Ninny

Lata 80. XX wieku, dom spokojnej starości w Birmingham. Evelyn znajduje się na tym etapie życia kobiety, w którym nie jest w stanie jednoznacznie określić, czy stała się już starszą panią, czy też może ciągle jest na końcowym etapie młodości. Jest mężatką, ale jej małżeństwo już dawno wypaliło się ze wszelkich namiętności i uczuć, a oparte jest teraz przede wszystkim na przywiązaniu wynikającym z  wygody i przyzwyczajenia.  Jej dzieci są już dorosłe i z każdym rokiem Evelyn coraz mocniej odczuwa, że przestają jej potrzebować. Nie czuje się atrakcyjna, a wszystkie swoje stresy i smutki zajada słodyczami, przez co przypomina pączka wypchanego marmoladą. Jakby tego było mało, jej mąż zmusza ją do tego, żeby regularnie odwiedzali jego matkę w domu dla starców. Evelyn nienawidzi tych wyjazdów, wszędzie tam bowiem cuchnie śmiercią i starym człowiekiem, a jej teściowa samym spojrzeniem zdaje się krytykować jej tuszę.

Kiedyś była dziewicą, by jej nie wyzywano od puszczalskich i dziwek; wyszła za mąż, by jej nie wyzywano od starych panien; udawała orgazm, by jej nie wyzywano od oziębłych; urodziła dzieci, by jej nie wyzywano od bezpłodnych; nie została feministką, by jej nie wyzywano od dziwaczek nienawidzących mężczyzn; nigdy nie narzekała i nie podnosiła głosu, by jej nie wyzywano od zrzęd…

Któregoś dnia, uciekając w odosobnienie, by spokojnie zjeść batonik, Evelyn natyka się na starszą panią w sukience w kwiatki, która samotnie siedzi w salonie. Staruszka próbuje zagadywać młodszą kobietę, ale ta nie ma ochoty na konwersację i chcę w spokoju zjeść swoją przekąskę. Ninny, bo tak na imię babci, to jednak nie przeszkadza i zaczyna snuć opowieść, która swoim początkiem sięga sześćdziesiąt lat wstecz.

I tak oto zaczyna się początek historii o wielkiej przyjaźni, oddaniu i miłości; O ludziach, którzy w małej kawiarni Whistle Stop Cafe w Alabamie są w stanie zapomnieć o swoich troskach nad talerzem przepysznego placka, który Sipsey dopiero co wyciągnęła z pieca.

Rasizm i homoseksualizm

Jak już wspominałam, jednym z ważnych aspektów całej książki jest problem segregacji rasowej, który możemy obserwować na przestrzeni ponad osiemdziesięciu lat. Kawiarnia należąca do Idgie i Ruth jest pewnego rodzaju wyspą, na której problem ten w ogóle nie istnieje. Jednym z najistotniejszych czynników tego, że ich restauracyjka ma się tak dobrze jest to, że wraz z nimi pracuje Sipsey, cudownie gotująca Murzynka, oraz Wielki George, na którego można liczyć w każdym problemie i to najróżniejszej natury.

Akcja powieści dzieje się jednak w różnych miejscach i czasem, wraz z czarnoskórymi mieszkańcami miasteczka, znajdujemy się w wyjątkowo nieprzyjemnych, a czasem wręcz niebezpiecznych okolicznościach. Zaznajamiamy się z agresją i odrzuceniem, które momentami potrafi przybierać bardzo brutalne formy.

Autorka nie boi się podejmować też tematu przemocy domowej i bynajmniej nie robi tego w złagodzonej formie. Stawia jedną ze swoich bohaterek w sytuacji naprawdę brutalnego traktowania tak fizycznego, jak i psychicznego. Pisze o siniakach, gwałtach i wyzwiskach nie bojąc się mocnych słów, które stoją w dużym kontraście z przyjemnym ciepłem, które odczuwamy, gdy akcja powieści przenosi nas z powrotem do kawiarni.

Kolejną rzeczą z zakresu tych bardziej kontrowersyjnych, które Fannie Flagg porusza w swojej powieści jest homoseksualizm i dotyczy on relacji, która łączy Idgie i Ruth. Przez całą książkę nie pada ani jedno zdanie, które mogłoby jednoznacznie nazwać łączący je związek, jednak niektóre momenty i dialogi pozwalają przypuszczać nam, że uczucie łączące te obie kobiety daleko odbiega od zwyczajnej przyjaźni. Ich więź została przedstawiona przez autorkę w bardzo subtelny i nienachalny sposób, co sprawia, że tak naprawdę nawet czytelnik, który nie do końca ma ochotę przyjąć do siebie takie tłumaczenie tej relacji, jest w stanie wytłumaczyć ją sobie jako silną, siostrzaną przyjaźń.

Poza tym Fannie nie boi się pisać o seksie, kalectwie, bólu, czy śmierci. Jej powieść to skondensowana księga życia, w której poza słodyczą można odnaleźć również prawdziwą gorycz.

Kółeczka dymu
Dokąd odchodzą?
Kółeczka dymu, które puszczam?
Te niebieskie kręgi, które
Wciąż mi o tobie przypominają…

Ostatnie słowo

Nie jest to typowo kobieca książka, jeżeli przez taką rozumiemy miłosną historię z małym dramatem w tle. Powiedziałabym raczej, że to mocno gorzko historia, którą autorka osłodziła momentami przyjaźnią, nadzieją i wiarą w to, że naprawdę nigdy nie jest za późno, żeby postarać się naprawić swoje życie. Wiem, że jeżeli kiedykolwiek będę miała gorszy okres to ponownie powrócę do tej powieści, bo nie stanowi ona tylko rozrywki, ale i naprawdę wzbogaca życie o pełną, niezaprzeczalną przez cokolwiek nadzieję. Będę każdemu polecać, bo warto.

Jako ciekawostkę – specjalnie dla łakomczuchów! – dodam jeszcze, że na ostatnich stronach znajdziemy prawdziwie pyszny dodatek. Jest to kilka kartek z przepiśnika Sipsey, a wśród nich przepis na słynne, tytułowe smażone zielone pomidory.

Moja ocena:

pięć gwiazdek

Stopka:

Wydana: 1987 (USA), 1997 (Polska)

Cykl: -

Wydawnictwo: Otwarte

Liczba stron: 440

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>